W Jeleniej Górze ma powstać nowy pomnik. Nieważne czyj to ma być pomnik i czy ostanie się ów w formie tablicy, popiersia albo medalionu. To nieistotne. Istotnym jest natomiast pytanie, czy naprawdę więcej takich pomników nam trzeba?
W całej Polsce, a co za tym idzie w naszym mieście również pomniki wzrastają niczym grzyby po deszczu. Z maniakalnym zapałem upamiętnia się tych i owych (albo to i owo) obeliskami z kamienia, drewna, szkła, metalu czy też innymi wyrobami rzeźbiarsko-architektonicznymi, co to po wsze czasy rozbudzać w nas mają myśli pro memoria zgodne z martyrologią i duchem epoki, w której przyszło nam żyć. I w zależności od upodobań, i myśli przewodniej miłościwie nam panujących, którzy pomnikomanii bardziej niż czemu innemu zdaje się przyklaskują.
Co ciekawe, pomnikomanii i jej protagonistów nie studzą nawet ewidentne potknięcia, które zwykle owocują dość znacznym nadszarpnięciem państwowego (albo miejskiego) budżetu. O jakich potknięciach tu mowa? Ot, choćby o konieczności rozebrania pamiątkowego popiersia papieskiego przy jednym z kościołów w stolicy Karkonoszy przez wzgląd na brak stosownych zezwoleń, albo zburzenia pomnika w Ostrowii Mazowieckiej, który bezprecedensowo w skali krajowej okazał się tworem „zbyt brzydkim” dla mieszkańców miejscowości.
Innych przykładów potknięć mógłbym przywołać bardzo wiele. Tylko po co? Po co przykłady i po co kolejne pomniki? Czy miast upamiętniać nazwisko wybitnego zmarłego czy wydarzenie o randze historycznej aż diabli posągami, tablicami, kolumnami i innymi głazami nie powinno się raczej tytułować nimi stypendia dla młodych, zasiłki dla bezrobotnych, nowopowstające fundusze i pakiety socjalne? Stop pomnikomanii, zaś początek – zdrowej tytulaturze i idącym za nią przyznawaniu „pomników”. Pomników zdecydowanie trwalszych niźli te ze spiżu.








